środa, 9 sierpnia 2017

Holandia i Chorwacja: 3. Poszukiwania pracy w Noordwijk



        Następnego dnia (10 lipca) jak zawsze nie udało nam się wstać o tej godzinie, o której zamierzaliśmy, a poza tym była niedziela.. Około 14:00 się spakowaliśmy, a wydostaliśmy się z Amsterdamu około 17:00. W Noordwijk byliśmy o 22, akurat, jak zachodziło Słońce. Marek i Marcin znowu się rozdzielili i postanowili pojechać autobusem. Dotarli później od nas, ale za to złapali stopa na rower.

⇽Poprzedni wpis

Jakiś zakochany (nie w nich oczywiście) koleś, wziął jednego z nich z plecakiem na bagażnik bodajże i przewiózł koło 5 km.. drugi rower znaleźli. Taki różowy, zdezelowany. Wrócili szczęśliwi i roześmiani. To był wieczór opisany na samym początku. Grała muzyka z laptopa, szumiało morze, a my leżeliśmy jakiś czas na plaży i oglądaliśmy gwiazdy.. no cudnie było.

Noc była piękna, bezchmurna, a około 2 w nocy, zaczął zachodzić księżyc. Cudne zjawisko. Był wielki, prawie pełny, najpierw przypominał wielką cytrynę, potem brzoskwinię, pomarańczę, a na koniec, jak już zaczął tonąć w morzu, zamienił się w truskawkę, taką dojrzałą, ciemnoczerwoną. Różne wizje wpadały mi do głowy, za sprawą „nie papierosów”, którymi zostałam poczęstowana. Ciekawe doświadczenie.

W poniedziałek, 11. lipca nadszedł czas, na poszukiwanie pracy. Z racji tego, że mieliśmy tylko jeden rower, mnie i Kacprowi udało się wymigać od przemęczeń. I bardzo dobrze wybraliśmy dzień - jedyny tak słoneczny i ciepły w Noordwijk. Cały dzień pilnowaliśmy dobytku leżąc przed namiotem i się obijając. Kacper przyszedł ze sklepu z szampanem i bitą śmietana, a jak zapytałam, po co mu to, to powiedział, że jak ją zobaczył, to nabrał na nią strasznej ochoty. Potem piliśmy wino i gadaliśmy o życiu, o swoich rodzinach, o hobby. Stwierdził, że zawsze należy robić to, na co ma się ochotę. Też tak myślę.

Tego dnia spaliłam się na słońcu, a jak Dominika wróciła z chłopcami, stwierdziła, że też chce być tak zjarana i że ona jutro pilnuje domostwa, a my idziemy na poszukiwania.. no to poszliśmy. Okazało się też, że spotkali Polaków, którzy dali im obiad i zaprosili do siebie. Nie żałowałam, mieli kotlety schabowe (wtedy byłam wegetarianką).

We wtorek Marcin i Marek pomknęli na różowej strzale, a my na piechotę ruszyliśmy z wolna w drugą stronę.. niewiele było tych plantacji na początek, w żadnej nie chcieli pracowników, a druga sprawa, że nam się nie chciało szukać i pytać. Po godzinie zrobiliśmy sobie postój na polu kwiatów. Cudny zapach i idealne miejsce na piknik. Potem poszliśmy w stronę plaży, tam też mały postój, tym razem na obiad – kanapki z masłem orzechowym.

Umówiliśmy się wtedy, że napiszemy sobie smsy za pół roku, o tym co właśnie robimy. Ciekawy pomysł, ale może trochę zbyt romantyczny, żeby go zrealizować.. Wróciliśmy po 4 godzinach. Jak się okazało, Marek też szybko wrócił, a Marcin pogalopował gdzieś dalej. Wrócił pełen optymizmu i oznajmił, że jest praca.. taa.. już mi się w tym momencie odechciało pracować. Robiło się coraz wietrzniej i zimniej, a myśli o ciepłej Chorwacji uśmiechały się coraz bardziej zachęcająco.

CDN.

W kolejnym poście opowiem o noclegu w opuszczonym domku na plaży :)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz